„Wizyta”.

OBSADA:

 

       KALEDRUB dalej KAL – starszy mężczyzna

       PIOTR – syn KALA

       PRZEMEK – syn PIOTRA

       SONIA – zmarła żona KALA, matka PIOTRA

       MĘŻCZYZNA dalej M – gość z widowni

       KOBIETA dalej K – jego żona, siedzi obok

 

 

 

       Na scenie pojawia się narrator i deklamuje:

 

       Samotność jest jak zjawa,

która w szponach nas dusi.

Dech odbiera i soki życia wyciska przeklęta.

Nikt nie zauważa, że z czasem nas spęta… tak mocno,

że za nic już się z węzłów oswobodzić nie da.

Kto nam każe samemu przez życie wędrować,

gdy wokół setki chętnych by nam towarzyszyć?

Po co sobie wybór taki serwujemy?

Dajmy spokój logice, dumę precz odrzućmy

i cumę towarzystwa na przystań zarzućmy,

jak statek, który wreszcie powrócił do domu.

Czasu cofnąć się nie da,

lecz w przyszłość spojrzenie wysłać swe możemy,

aby nam pokazał co tam na nas czeka.

Umysł ktoś nam darował, więc prezent rozwińmy

i ciekawe spojrzenie do środka zapuśćmy.

Ujrzyjmy wreszcie, co zobaczyć trzeba,

bo raz się tylko żyje i jedna jest droga,

która wiedzie donikąd, ale gdy potrzeba,

to kierunek swój zmieni… nabierze znaczenia.

 

 

 

 

 

 

AKT I

 

Scena 1

 

       W tle słychać szepty:

       Już pora coś zmienić, przebudzić się trzeba.

       Już pora coś zmienić, przebudzić się trzeba.

       Krew z krwi i kość z kości, natury potrzeba,

       by dotknąć bliskiego i poczuć łaknienie,

       napoić miłością, wzbudzić serca drżenie.

 

       Skromnie urządzony pokój.

W fotelu siedzi KAL – starszy mężczyzna, trzyma w ręku szklankę.

W tle nagle rozbrzmiewa dzwonek telefonu.

 

       KAL

       A któż mi tu dzwoni

i w uszy me wpycha odmęty niewiedzy?

Wszak tego nie cierpię…

Dźwięk dzwonka się szerzy, odbija się echem,

a gdzież jest to pudło, co uszy me rani?

 

       Wstaje i zaczyna szukać telefonu.

Po kilku sekundach znajduje i przykłada do ucha.

 

       Halo; winienem powiedzieć, ale mi się nie chce.

Co za licho zapytam… I tyle wystarczy.

 

       Głos z telefonu:

       Tata?

 

       KAL do siebie:

       Boże?… Nie znoszę tych rzeczy.

Jak można tak banalnie używać języka.

Banalnie?… Mało powiedziane.

Toż to potwarz dla każdego kto językiem włada,

w czystości utrzymując tworzone nim słowa.

 

       Głos z telefonu

       Halo?!

 

       KAL podniesionym głosem rzuca do rozmówcy.

       Tak na imię mam KAL i jestem ojcem,

lecz czy aby twoim?

Spłodziłem kiedyś syna, a ten syna swego.

Jeśliś tym o kim myślę, to jesteś mój Piotrek.

 

       PIOTR

       Dokładnie tato i dziękuję, żeś w dobrym humorze.

Bałem się zadzwonić, ale sprawa z tych,

co stoją na regale zaraz obok pilnych.

 

       KAL ironicznie

       W dobrym powiadasz, że jestem humorze?

Lecz czy to pomoże,

kiedy z góry zakładam, że zaraz go stracę,

gdy tylko się dowiem, do czego syn zmierza.

 

       PIOTR

       Musimy porozmawiać, bo problem przynoszę.

 

       KAL

       Czyż nie rozmawiamy?

 

       PIOTR

       To nie jest rozmowa.

 

       KAL

       Nie?… A to ciekawe?

Czyli w cztery oczy,

jak kiedyś bywało

nim jakiś szaleniec wymyślił telefon.

 

       PIOTR

       Dokładnie tato. Tak właśnie zrobimy.

 

       KAL

       Więc przyjdź do mnie jutro, tak będzie najlepiej, bo dzisiaj…

 

       PIOTR

       Tato, już pod drzwiami stoję.

 

       KAL do siebie odkładając telefon

       Już stoję… już stoję. Boże słodki…

Ty, co na wszystko masz zawsze patrzenie.

Ty tylko jeden wiesz najlepiej, jak ja go nie znoszę.

Choć z lędźwi mych pochodzi, to jakby mi wrogiem.

Dopóki był maleństwem kochałem go szczerze,

lecz kiedy dojrzał i zmężniał…

Odmawiam pacierze, by już go nie widywać.

O tak wiele proszę?

 

       PIOTR pojawia się w mieszkaniu,

a za nim kroczy jego syn PRZEMEK.

 

       KAL patrzy na nich niechętnie

       Syn przyszedł dziś do ojca, wlekąc syna swego.

To nie jest więc przypadek, że wnuka znów widzę.

Czyżbyś chciał mi to kukułcze jajo podrzucić do gniazda?

Ja już się nie nadaję do niańczenia dzieci.

Jakaż to by mnie z wami nie wiązała krew braterska,

nie chcę tu na dłużej ni Piotra, ni Przemka.

  

       PRZEMEK

       A dziadek jak zawsze w kwitnącym nastroju.

Tata mnie tu przyciągnął, choć wcale nie chciałem.

I nie będę ukrywał, że nawet się bałem (do siebie).

Ale on się uparł, że tak lepiej będzie.

 

       KAL z trudem podnosi się z fotela i zaczyna gestykulować

       Lepiej nie znaczy dobrze, cokolwiek to znaczy.

Lepiej było nie jechać, lepiej nie rusz tego, lepiej załóż czapkę…

Lepiej, lepiej, lepiej. Ech, na Boga.

Wymieniać powinienem jeszcze setki razy,

aż wreszcie bym wam udowodnił, co słowo to znaczy.

       Kończy i opada z powrotem na fotel.

 

       PIOTR

       Tato, słów ty się nie czepiaj, bo w bagno tak wchodzisz,

z którego cię żadna ręka wyciągnąć nie zdoła.

I choćbyś lamentował, przeklinał i wołał,

to samym będąc, ratunku znikąd byś nie dostał.

A rodzina jest po to, aby się szanować,

wspierać i pomagać, kiedy przyjdzie pora.

 

 

       PRZEMEK do swojego ojca

       Tato miałeś się z dziadkiem nie kłócić, tak mi obiecałeś.

A teraz właśnie widzę,

że się szykujecie do startu w wyścigu,

gdzie zwycięzcy nie będzie.

I nie mów, że plotę bzdury

lub że jestem w błędzie. 

 

       PIOTR

       Dobrze, Przemku przepraszam.

I ciebie drogi ojcze także tu przeproszę.

  

       KAL

       A daj spokój, przejdźmy wreszcie do sedna.

Cóż was tu sprowadza?

Pytam, bo tak chcę i muszę.

Taka moja władza,

że we własnym domu raczę przetrzymywać gości.

Stało się coś złego, czy może pilnego,

że z wnukiem czas najbliższy spędzić będę musiał?

 

       PRZEMEK odpowiada w pośpiechu, aby wyprzedzić ojca.

       Dziadku, ja tam nie wiem,

co też tata w głowie sobie kombinuje.

Ja też tutaj być nie chcę, bo wszystko zepsuję.

Wiesz przecież, że choruję na tę dziwną przypadłość,

która zdrowie i meble wokół niechybnie rujnuje.

Gdy tylko to mnie dopada, to tracę kontrolę

i wszystko przewracam, jak bierki na stole.

 

       KAL

       Jak to zrujnuje?

O czym mówisz mój Przemku,

nie bardzo pojmuję?

 

       PIOTR podniesionym głosem

       Padaczka ojcze.

Czyżbyś już zapomniał na co wnuk choruje?

 

       Przerywa i ostentacyjnie pociąga nosem.

Mogłem się spodziewać, że znowu się trujesz.

W powietrzu się zapach tak mocny rozchodzi,

że aż mi się kręci w głowie.

I czy tak się godzi,

aby ktoś upojony opiekę sprawował nad kimś,

kto skarbem jest moim?

 

 

       KAL wskazuje palcem na wyjście

       Tam drzwi są, jak się nie podoba!

Chcesz zostać to pozostań albo wyjdź człowieku.

Wolna twoja wola!

       A co się tyczy Przemka,

nie, nie zapomniałem, chociaż próbowałem.

Nigdy żadna choroba, zwłaszcza u bliskiego,

nie wywoła uśmiechu, gdyż tak nie wypada.

       Współczuję ci synu i żal mi twojego potomka,

 jak nikogo w świecie, więc skończ już człowiecze.

Zabierz dziecię swoje lub zostaw

i znikaj z mych oczu!

 

       PIOTR do siebie

       Dzięki tato,

że wlałeś w me serce choć troszeczkę miodu.

Coś mi jednak mówi,

że zaraz zapragniesz dziegciem go zaprawić.

 

       KAL

       Co tam mówisz, co prawisz?

Pod nosem coś tam gadasz, abym nie usłyszał?

Znowu chcesz mnie obrażać w moim własnym domu,

Gdzie wszystko byłoby twoje, gdybyś tylko zechciał.

Lecz ty wolałeś uciec, jeno cień wspomnień zostawić,

aby się błąkał bez celu.

Do tej pory nie śmiałem powiedzieć nikomu…

 

       PIOTR

       Szaaa.

Nie o ciebie mi chodzi, ale… Przemek słucha.

 

       PRZEMEK podchodzi bliżej

       Co tam cicho szepczecie, abym nie podsłuchał?

Miała być normalna rozmowa, a jest konspiracja,

a przecież w rodzinie fakty takie nigdy nie przystoją.

Tajemnice przede mną jakieś ukrywacie,

żeby mi oszczędzić zbyt bolesnej wiedzy?

 

 

       PIOTR

       Nie, nie o to chodzi, synku mój kochany.

Dziadkowi tłumacze, że być z tobą musi, póki nie powrócę.

Właśnie mu mówiłem, że do pracy pilnie jechać muszę,

bo groza się stała, co jednego z mych ludzi ze sobą zabrała.

 

       PRZEMEK mówi, po czym cofa się i siada w pewnym oddaleniu

       No teraz to rozumiem

i sprzeciw swój głęboko chowam do kieszeni.

 

       PIOTR do syna

       Dziękuję ci synku, że mądra twa mowa,

a teraz pozwól, że z mym ojcem zamienię dwa słowa.

 

       PIOTR siada obok ojca, łapie go za rękę, ale ten ją cofa

       Zmieniłeś się tato, gdy mama umarła.

 

       KAL

       O, tak naprawdę, a to przezabawna… nowina.

Twój ojciec się zmienił!

A ty to niby tkwisz w poprzednim swym stanie?

Jesteś jak odlany z gipsu? Z brązu twoja mina?

 

       PIOTR wzdycha

       Nie o tym mówię.

 

       KAL

       A o czym? Szmat czasu wszak upłynął.

Wszystko zmienia kształty, żółknie ze starości.

Nic już nie jest takie jak było w młodości.

Nawet już miłości nie ma takiej, jak była przed laty.

 

       PIOTR

       Ja mamę nadal kocham.

 

       KAL

       A miłuj ją szczerze.

Wielb ją, kochaj, odmawiaj pacierze.

Teraz mówię prawdę, poważne me słowa.

Wspomnienia ci pozostały i nasza rozmowa.

Zrozum wreszcie synu, że wszystko się zmienia.

 

       PIOTR

       Tak, wiem, drogi ojcze, to boli niestety.

Wróćmy jednak do sedna, bo ja wiedzieć muszę,

gdyż nie ma w mym życiu już innej kobiety.

To zostaniesz z nim tato?

Bo gdy Anna uciekła za matkę mu robię.

Za matkę i za ojca, a to trudna rola.

 

       KAL śmieje się

       Ach kobiety, kobiety, kobiety.

Oczywiście, że zostanę, nie jestem potworem,

choć to on raczej u mnie będzie, gdyż to moje ziemie.

Plany miałem na wieczór, które legły w gruzie,

ale jesteśmy rodziną, a on jest tak stary,

że sam się sobą zajmie.

 

       Zwraca się do Przemka

       Prawda mój ty wnuku,

że mi głowy zbytkami nie zechcesz zawracać?

 

       PRZEMEK wyrwany z zadumy

       Oczywiście, dziadku.

Niewielka cię przy mnie… czeka dzisiaj praca.

 

       PIOTR wskazuje na pustą szklankę stojącą na stoliku

       Dziękuję żeś się zgodził, że przystałeś na to.

O jedno cię proszę.     

Nie pij więcej, tato.

 

       KAL rzuca poduszką w syna, a ten zrywa się gwałtownie

       Wynoś się już gadzino!

Kto ci dał dzisiaj prawo, by mi życie układać?

Ja sobie nie życzę byś się w matkę swą zmieniał

i prawił kazania!

Wynocha powiadam!

 

       Zaraz potem mówi do Przemka.

       A ty się tak nie gap!

Nie do ciebie gadam!

 

       PIOTR wychodząc zatrzymuje się w połowie drogi i mówi do siebie.

       Czy dobrze zrobiłem?

Pomyślmy chwileczkę.

Jestem teraz jak ten garnek,

który przykryty wieczkiem ukrop w sobie trzyma,

a wrzątek to są wątpliwości i kipieć by chciały.

Zezwolić im na to i dręczyć się nadal,

choć wiem doskonale, że nic to nie zmieni.

Bo zmienić się nie da ten osioł tak stary,

że chyba już wreszcie dołączyć do mamy… powinien.

Ale on nie chce i życia się trzyma.

       Jeszcze tylko wiosna, jeszcze jedna zima,

rok cały albo dziesięć z nim męczyć się będę.

Obcy jest mi jak ten pasażer pociągu,

co z dala widziany w świat bezkresu odjeżdża.

 

       Kręci głową z niedowierzaniem

       A teraz na Boga powierzyłem mu syna.

Jedyną bliską istotę, która mi została.

Gdyby Przemka nie było, to jakby pieczara,

wielka wokół mnie stała,

a ja tkwiłbym w ciemności w jej wielkich bezmiarach.

 

       Zaczyna chodzić w tę i z powrotem.

       Mamo, dlaczego jako pierwsza odeszłaś?

Wstydź się, wstydź kobieto!

Losy z nim ciągnęłaś i wówczas przegrałaś,

a ojciec miał farta, jak ten nędzny Łazarz,

którego Chrystus wybrał i do życia przywrócił?

 

        Wzdycha i spogląda w górę

       Ileż ja bym oddał, by cię znów zobaczyć.

Dotknąć, pocałować, poczuć zapach ciała.

Pamiętam, jakby to dzisiaj konwalii aromat,

który wokół twojej postaci zawsze się roztaczał.

       Boże, jak ja za tobą tęsknię!

Wiem, to brzmi jak banał, lecz banał tak ważny,

jak filar budowli, jak fundament solidny.

Jak sedno wszystkiego.

       Mamo sam już nie wiem… i plotę od rzeczy.

W życiu doświadczyłem uczucia kobiety

 z twojej tylko strony.

Żona mnie zawiodła, z Przemkiem zostawiła.

Tak była wygodna.

 

       Spuszcza wzrok i patrzy z niechęcia na ojca.

       Przepraszam, moje myśli do ojca znowu powracają,

który jest jak pasożyt, co dręczył istotę

i od środka pożerał, by stłumić łaknienie.

A kiedy już skończył ucztę, to jadłospis zmienił.

       Co ty w nim widziałaś?

Omotał cię szelma, jak pająk insekta,

co w sieć jego wleciał?

A może był inny i z czasem się zmienił?

       Dasz mi choć znak, że jesteś i że dobrze uczyniłem,

iż skarb mój największy jemu powierzyłem?

Jakże cenny, a przy tym tak mały,

niewinny, jak łopot motyla.

       Milczysz… a ja nie wiem,

czy tam, gdzie odeszłaś istnieje świadomość,

co wspominać ci każe tych wszystkich,

których zostawiłaś?

       Milczysz, nadal milczysz, jak studnia bezdenna,

do której nie ma chętnego,

by wrzuciwszy kamyczek,

posłuchać plusku echa.

       No cóż, droga matko,

już nie będę zwlekał i pójdę, gdzie iść muszę,

gdyż taka potrzeba.

       Zatem do widzenia, widzę cię w zaświatach,

gdy tylko nadejdzie mój czas, moja pora.

Nie zawiedź mnie tylko i nie miej wówczas przy sobie,

tego, którego tak nie cierpię,

mego ojca, potwora.

       Piotr wychodzi.    

 

 

 

Scena 2

 

Mężczyzna z kobietą siedzą na widowni

i niezwykle poruszeni zaczynają komentować:

 

 Mężczyzna – M

       Słyszałaś kobieto? Słyszałaś te słowa?

 

 Kobieta – K

       Głuchy by usłyszał, co prawi niemowa?

Żartuję, jestem dzisiaj w cudownym nastroju.

Wszak tutaj trafiłam.

Wśród znakomitości siedzieć przyszło mi nareszcie.

       Jejku, a co będzie,

gdy jutro na mieście ktoś mnie rozpozna,

że razem wieczór tutaj spędziliśmy,

jak dwa dorodne jabłka wśród zielonych liści?

 

 M

       Słyszałaś, co mówiłem?

Dotarło do ciebie, że pomówić chciałem,

o tym co widziałem, co tu usłyszałem?

 

 K

       Słyszałaś i słyszałaś, co ja usłyszałem…

Siedzę obok ciebie, niemal ramię w ramię.

Słyszałam więc to samo, co i ty słyszałeś.

Cieszę się, że przyszliśmy, a ty tak się bałeś.

 

 M

       Tu komentarz potrzebny, a ja mam być bierny?

Nie, nigdy, przenigdy.

Reakcja potrzebna,

by takie spotkanie nigdy się nie powtórzyło.

Lekarstwo mam na nie,

co zwie się przestroga,

by nigdy ktoś taki nie zechciał mieć dzieci.

 

 K

       Mówisz o tym staruszku, co goryczą przesiąkł

i nic już ze słodkości życia w nim nie pozostało?

Żal mi takich ludzi.

Czy nie jest mu mało, że syn go nienawidzi

i dlatego wnuka próbuje zniechęcić na starcie?

       Co to ty mówiłeś…?

A, już wiem o dzieciach prawiłeś,

chociaż o tym właśnie niewielką masz wiedzę.

Ładna mi przestroga co dzieci dotyka.

Dziecko to rzecz święta, nie próbuj go tykać.

 

 M

       Milczeć mam?

Tego chcesz, by mój język popadł w odrętwienie?

Znasz mnie przecież na tyle,

że wiesz, iż nie zmienię swego charakteru.

 

       W ogóle to już niczego

w tym wieku nie zmienię – (do siebie).

 

 K

       A czy ja powiedziałam, że niemym masz zostać?

Mów, jeśli czujesz, że tak właśnie trzeba.

 

 M

       Trzeba, czy nie trzeba, taka moja wola.

Szczerze mówić zamierzam, to nie jest obmowa.

 

 K

       Wiem, choć prawie cię nie znam

i znam jak zły szeląg.

Tyle razem przeszliśmy, a było i marnie,

a było i cudownie, czasami szkaradnie.

Nigdy nie byłeś wzorem dla mnie oczywistym.

Więc teraz też nie jesteś, lecz wspierać cię muszę.

       Lecz nie licz kochany, że zaraz się wzruszę,

gdy usta otworzysz… że nagle zawołam:

Wiwat, wiwat twe słowa! (podniośle, ironicznie)

 

 M

       Nie kpij ze mnie, bo tamę,

co z takim mozołem dotąd budowałem,

w tym kultury przybytku zburzysz, jak taranem,

gdy fundament pokopiesz swoim zachowaniem.

 

 K

       Cóż więc prawić zamierzasz?

W wielkie ucho się zmieniam.

Ty w nie szeptać popróbuj.

       Pamiętaj jednak mężu, by próżna twa mowa

czasu mego cennego niepotrzebnie nie zjadła.

Bo czas mój to potrawa, której strawić nie zdołasz.

A teraz moją przestrogę przekazać ci wolę.

Nie po to tu trafiliśmy, by oceniać ich role!

 

 M

       A właśnie, że po to jesteśmy.

Widza rola taka,

aby z główną postacią szybko się pobratać

i poczuć się częścią tego, co zagrał na scenie.

       Czuję, że jak zawsze wszystko mi zepsujesz.

Ciągle mi to robisz i cokolwiek powiem

tobie nie pasuje.

Jest złe, jest niedobre, z logiką na bakier.

Ileż można słuchać,

choć raz ciepłe słowo z ust twych niech wypłynie.

       Nie zamieni w błoto,

tego co jest ważne dla męża twojego.

Czy to takie trudne,

bym się na powrót poczuł męski,

jak kiedyś przed laty?

 

 K (do siebie)

       Przed laty, przed laty!

Męski jak przed laty!

Tobie nie oklasków trzeba,

a bardziej ci baty na plecy lub na tyłek,

by rozum ci na powrót do głowy napłynął.

 

       Oni wkrótce powrócą. – (do męża).

Świat próżni nie znosi i zawsze się prosi,

aby go czymś zapełnić…

A więc mów, ja słucham.

Tyle zrobić zdołam.

Ot i cała moja wymuszona skrucha.

 

 M

       Jak syn może tak nienawidzić tego,

którego przecież nie wybrał, czyli ojca swego?

Bo rodzica wszak nikt z nas nigdy nie wybiera.

Jest to jak los na loterii.

Fant, co wyciągnięty po ciemku z bębna przegnitego.

 

 K

       Poczekajmy trochę, cierpliwość jest cnotą.

Coś mi w środku mówi,

że wszystko co najlepsze dopiero przed nami.

Nie wiemy co za minutę nam się tu objawi.

Ciekawam ja strasznie, co nas tutaj czeka.

       Ale myślę, że ten człowiek będzie jak ta rzeka

i wszystko, co najlepsze w swym środku ukrywa.

Toń myśli jego skrywa, a nurt jest mu wrogiem,

za którym nie nadąża ta biedna istota.

 

 M zrywa się i wstaje

       Tobie żal jest tego Kala?

Czy ja dobrze słyszę?

Rozum ktoś ci pomieszał,

byś rzeczy widziała, których tutaj nie ma?

       Potwora, rozumiesz?

Słyszałaś co syn powiedział na temat tego,

który dał mu życia fragment

i dołożył trzy grosze do jego żywota?

       Słyszałaś? No, nie! No proszę!

Przecież on go potworem nazwał!

Czy to dziś coś znaczy?

Który syn tak ojca nazywa?

Nazwała byś tak swego?

Odpowiedz, kobieto.

Siada z powrotem

 

 K

       Nie. I wiesz to dobrze.

Ty jednak zbyt łatwo wnioski powołujesz.

I tym rozum swój męski niechęcią nadpsujesz.

       My kobiety z rozwagi słyniemy,

bo tak nas matka natura stworzyła,

gdy jeszcze słynna Ewa po ziemi chodziła.

 

 M

       Sza, kobieto. Sza, już idą.

Zaraz się więcej dowiemy.

I wkrótce się przekonamy,

które z nas tego rozsądku

w swych trzewiach więcej przechowuje.

 

 K

       Tak, cisza i nic więcej…

A ty się skup na roli, którą ktoś ci powierzył,

bo widać uwierzył, że na obserwatora zadatki posiadasz.

Ty jednak zamiast siedzieć cicho,

wciąż gadasz i gadasz.

 

 

 

AKT II

 

Scena 1

 

       W tle słychać szepty:

       Samotność twa zmącona, radować się trzeba.

       Samotność twa zmącona, radować się trzeba.

       Gorycz starości ma szansę z młodością się zbratać.

       Jak niewiasta z mężem daje się zeswatać,

       aby owoc wydać najsłodszy na świecie.

 

KAL z PRZEMKIEM w jednym pomieszczeniu.

 

       PRZEMEK podchodzi bliżej do dziadka.

       I co teraz mój dziadku?

Zostaliśmy sami, nikt nam nie przeszkodzi.

Ojciec mnie nie zgani, że mówię od rzeczy

i że nie wypada.

Bla, bla, bla, już od niego więcej nie usłyszę

i nareszcie sobie pogadamy na różne tematy.

 

       KAL patrzy na niego zniesmaczony.

       I miałeś się sobą zająć, a jednak się nie da.

Idź zęby umyj, poczytaj lub wyjrzyj przez okno.

Posiedź tam przez godzinkę, a najlepiej cztery.

Ja w tym czasie zasnę,

a gdy się obudzę, to was już nie będzie.

Wtedy udam zaskoczenie, lecz ględzić nie będę,

bom człowiek na poziomie i takim zostanę.

 

       PRZEMEK

       Książek u ciebie nie ma, a gazet nie lubię.

Za oknem zapewne też nic ciekawego,

jeno ciemność, a to nic dobrego.

Spać mi się również nie chce i nic w tym zdrożnego,

że widzę okazję do tego, by sobie pogadać.

       Język przecież nam dano,

by z niego korzystać przy dobrej rozmowie,

a nie tylko posiłki spożywać, jak mówią na zdrowie.

Pamiętam, że kiedyś moja mama tak mi powiedziała…

 

       KAL przerywa wnukowi

       Lubisz trzepać językiem i na Boga nie wiem,

czy pozwolić ci mówić niejako do siebie,

czy wybrać rozmowę?

 

       PRZEMEK wzrusza ramionami

       No nie wiem,

czy jest coś miłego w mówieniu do siebie?

Ale teraz tak nie jest, bo ja mam tu ciebie.

Nawet kiepski dialog więcej chyba warty

niż kwiecisty monolog.

       Nie chcę być uparty,

ale dawno nie było okazji, byśmy pogadali.

Ja młody, a ty stary, ale coś nas łączy.

 

       KAL do siebie

       Więcej chyba dzieli.

 

       PRZEMEK

       Słyszałem!

Słuch mam bardzo dobry,

humor jeszcze lepszy

i swoimi docinkami nic dziś nie zepsujesz.

Ojcu obiecałem,

co byś nie powiedział, nie zrobił, nie czynił,

to będę się starał,

byśmy przyjacielsko czas razem spędzili.

 

       KAL

       Widzę wnuku drogi,

że rozsądek u ciebie z wiekiem nie licuje.

Nie wiem jeszcze co za godzinę dziać się tutaj będzie,

ale jakoś musimy dokonać przymierza.

Topór zatem zakopmy,

którego nikt z nas na razie chwytać nie zamierza.

 

       PRZEMEK

        Jesteś na mnie skazany, ja na ciebie też chyba.

Zawsze mądrzejszego posłucham, bo tak mi wypada.

Takie mama przed laty rady mi dawała

Zanim się nami zmęczyła, nim nisko upadła

i uciekła daleko, tak jakby umarła.     

 

       KAL uśmiecha się ukradkiem.

       Wiesz co chłopaku…?

 

       PRZEMEK

       Cóż to za pytanie? Co mam niby wiedzieć?

Odpowiedź znam na nie,

czy może ty mi powiesz, bo dziwnie zabrzmiało?

Więcej by się zdało informacji usłyszeć,

to wtedy wnioski bym wyciągnął, a tak to nic nie wiem.

 

       KAL

       No racja. Kretyn ze mnie, choć przed tym się bronię.

Kiedyś nawet w przeszłości za mędrca się miałem.

Pusto miałem w głowie, na szczęście zmądrzałem.

Butny byłem i próżny, lecz to już minęło.

 

       PRZEMEK

       Kim jest mędrzec dziadku, bo ja znowu nie wiem?

Za dużo tych „nie wiem” jak na moją głowę.

 

       KAL

       Głowa to głowa i nic tu nie zmienisz…

A kim jest mędrzec, Przemku? No cóż?…

To chyba ktoś taki, kto ma się za mądrego,

choć w głupocie zanurzony, jak topielec w bagnie.

Znalazł się w tej pułapce przez własną głupotę,

ale jest dosyć mądry, aby wreszcie pojąć jak bardzo jest głupi.

 

       PRZEMEK

       Niewiele zrozumiałem, więc czy takim jestem?

 

       KAL

       Nie, nie jesteś,

choć głowy nie dam po kim dziedziczysz myślenie.

I obyś nigdy w jednej parze z kimś takim nie musiał przebywać.

Wszyscy ludzie są próżni, każdy chce brylować,

szastając swoim intelektem, jak rozrzutny bogacz.

Nie mówmy jednak o tym, bo to kiepski temat.

 

       PRZEMEK

       A więc dobrze, to o czym teraz pogadamy?

O sporcie, o pogodzie, może o kobietach?

Mężczyźni o tych ostatnich zwłaszcza lubią gadać,

choć jeszcze nie pojmuję, dlaczego tak bywa?

 

       KAL

       O żadnej z tych rzeczy.

Sport i pogoda w jednej idą parze,

na które przenigdy nie zwracam uwagi.

Co zaś do kobiet, hm…

Ja za stary, a ty za młody jesteś… jeszcze chyba.

 

       PRZEMEK

       No to ja już nie wiem?

Musi być coś co sprawi,

że czas nam dzisiaj przyjemnie upłynie.

 

       KAL

       Wymyśl coś, człowieku.

Młody umysł na wysokich obrotach pracuje od świtu,

a nawet i pod wieczór sprawny pozostaje.

Zapytaj o cokolwiek, na wszystko odpowiem.

Skoro mamy być razem, zajmijmy czymś głowy.

 

       PRZEMEK zastanawia się przez chwilę

       Podobno babcia przez ciebie umarła?

 

       KAL niemalże pluje napojem, który akurat wlał do ust

       Co…?!

 

       PRZEMEK

       Zapytałem tylko…

 

       KAL

       Wiem o co spytałeś nieszczęsna istoto.

To „CO?” nic nie znaczy i znaczy tak wiele.

 

       PRZEMEK

       Więc umarła przez ciebie?

 

       KAL łapie się za głowę

       Boże Święty, Najwyższa Istoto… Ja nie wiem?

Z mej ręki przecież nie zginęła żona.

Żaden też sztylet nie przebił jej ciała,

który byłby mą własnością, ode mnie pochodził.

       Ale wiem, że i bez narzędzia mord można też zadać.  

Wystarczy tylko dręczyć, bez chwili umiaru,

aż wreszcie ofiara już tylko o śmierć się modli, jak o wybawienie.

       Dręczyłem ją jak nikt inny jako ten szaleniec.

Inaczej nie chciałem, może nie potrafiłem, a może się bałem,

że jak tylko przestanę, to ona odejdzie.

I odeszła, lecz nie tak, jak wówczas sobie pomyślałem.

 

       Na moment przerywa i patrzy podejrzliwie na wnuka.

       A kto ci to powiedział,

bo chyba nie w twej głowie potwarz się zrodziła?

Chwila, jedna chwila!

Nie ty to wymyśliłeś.

To twój ojciec, ta gnida!

 

       PRZEMEK kręci głową

       Nie, przysięgam dziadku, że to mama była.  

Słyszałem, jak do taty tak głośno wołała, że, że…

Nie powiem.

 

 

       KAL

       Dokończ. Powiedz proszę.

 

      PRZEMEK

       Że piciem ją zabiłeś.

To nie ja mówiłem! To nie moje słowa!

 

       KAL do siebie pod nosem.

       Głupio tak się stało.

Moja żona odeszła, sumienie zostało.

 

       PRZEMEK

       Chwała mu za to, chwała!

Tak właśnie krzyczała,

a później nie wiem, dlaczego, już tylko płakała.

 

       KAL

       Płakała, powiadasz?

No cóż, to kobieca rola,

z której się mistrzowsko wszystkie zawsze wywiązują.

 

       PRZEMEK podniecony doskakuje do dziadka

       Już wiem, co my zaraz na miejscu zrobimy!

Tylko musisz się zgodzić, bo mi obiecałeś.

 

       KAL

       A róbmy co tam sobie ubzdurałeś w głowie.

Mnie już wszystko jedno i jeszcze ci powiem…

 

       PRZEMEK

       Wywołamy ducha!

 

       KAL rozgląda się zaskoczony

       Ducha?! Na Boga, a po co, dlaczego, czyjego?

 

       (do siebie)

       Po co ja się pytam jak głupiec zza rzeki,

co brzegu drugiego nie widział, ale o nim słyszał

i to mu pozwala potępiać człowieka,

który mieszka za nurtem, po jej drugiej stronie.

To pewne, że mówi o mojej Soni, że on mówi o niej.

 

       PRZEMEK zadowolony

       Oczywiście, że nie tak naprawdę. To tylko zabawa.

Duchów przecież nie ma, one nie istnieją.

W prześcieradła się przebierzemy a ja babcię udam.

Ty zaś zostaniesz sobą. Taka twoja rola.

 

       KAL pyta z nadzieją

       A po co mi prześcieradło, wszak ty będziesz zjawą?

Nie wystarczy jedno? Tak nie będzie lepiej?

 

       PRZEMEK

       Taką mam koncepcję, a tak naprawdę nie wiem.

Dwie osoby, każda w swoim prześcieradle.

Będziemy jak te duchy… no i będzie nam raźniej.

 

       KAL

       Idź, idź, a ja tu zostanę.

Powspominam sobie, jak to dawniej było.

Z mroków niepamięci fakty tu przywołam,

bo kiepski ze mnie aktor, jeszcze gorsza rola.

 

       Chłopiec wychodzi w pośpiechu i po chwili wraca.

Kładzie przed dziadkiem materiał, a z drugim wychodzi.

Za ścianą słychać jakiś hałas, a później dziwne odgłosy.

KAL nie zwraca na to najmniejszej uwagi.

Zakłada prześcieradło na głowę i czeka.

Zaczyna wspominać minione lata

 

       KAL zaczyna płakać

       Boże, jak słodko i jak miło było

lat bez mała czterdzieści.

Łza się w oku kręci i me serce pieści,

wspomnienia cudownego, co było przed laty,

kiedy jeszcze mój charakter nie był wypaczony,

a ja byłem prawie bogiem dla mej przyszłej żony.

 

 

Scena 2

 

Kobieta i mężczyzna na widowni.

 

 K

       Pięknie powiedział na koniec, aż się popłakałam.

 

 M

       Ty się łatwo wzruszasz, a dla mnie to banał.

Słowa, co nic nie znaczą, jak pianie koguta.

Nic z nich nie wynika, a zobaczył wnuka,

więc mu się zebrało na wspomnień powroty.

 

 

 K

       O Boże, jak mi ciebie żal mój ty biedny, Piotrze.

 

 M zgryźliwie

       Piotrze? Nie jestem Piotrem.

Skleroza cię dusi, że imię ci się myli twego wybranego?

Jan wszak mam na imię i nie ma nic złego w tym,

abyś Jankiem znów mnie nazywała,

jak było przed laty, kiedyś mnie kochała.

 

 K podnosi gwałtownie ramię

       Wiem, jak masz na imię, ty parszywy łotrze.

A Jankiem cię nie nazwę, choćbyś mi i płacił,

a każdy nowy złoty konto me bogacił.

 

 M

       No i masz kobieto! I tyle pozostało z uczucia,

co jeszcze niedawno obydwojgiem władało.

 

 K

       O czym ty mi mówisz? O czym ty mi prawisz?

Coś wyciągasz z przeszłości, co nigdy żywiej nie płonęło,

niźli jedna zapałka zdmuchiwana wiatrem.

Przekręcasz fakty i próbujesz z małej, wielką rzecz uczynić,

ot tak dla zasady?

Po co, czemu, dlaczego?

 

 M

       A… Nic już więcej nie powiem,

bo słowa w mych ustach w papkę się zmieniają.

Ile bym nie zechciał nastrzępić języka,

to ty droga żono uczynisz z tego

jedynie karmę dla prosiąt w cuchnącej zagrodzie.

 

 K podnosi głos

       No wiesz?… Co?!

Z kim mnie porównujesz?!

Świniopasa sobie znalazłeś, ty, ty wieprzu…

tuczniku, knurze zatracony!

Zaraz tak ci dołożę, że więcej już się przede mną…

 

       Cicho! – (ktoś z widowni).

 

 K

       O Boże, niebiańska istoto!

Stało się. Ktoś nas tam ucisza.

Krzyczymy jak przekupki, a ma być wszak cisza.

To przez ciebie durniu,

bo rozumu mi odjąłeś głupimi słowami.

 

 M

       Nie kłóćmy się już, żono.

Nie po to tu przyszliśmy,

aby sensację uczynić z naszej obecności.

Więcej nas nie zaproszą

i jak durnych gości, zaraz stąd wyrzucą.

Spokój więc zachowajmy, bo tego nie chcemy.

 

 K

       Masz rację.

Nie wierzę, że ci rację w tej chwili przyznałam.

Szybko poszukam w głowie jakieś słowo urocze, co stan mój opisze.

Mam już!… To jest banał.

Coś słowo to znaczy i brzmi bardzo ładnie.

Znaczenie ma ukryte, lecz kiedyś je poznam.

Na razie się zadowolić jego brzmieniem muszę.

 

 M śmieje się z żony

       Banał? To jak kanał, tylko z czystą wodą?

 

 K

       Ach, przestań już,

bo naprawdę wstyd tylko przynosisz.

Nic już u mnie nie wskórasz, nie będę się droczyć.

Dumna z siebie jestem i taką zostaję.

       Pierwszy raz od dawna

taki zwrot uroczy usta moje opuścił,

a więc spuszczam oczy i teraz już w kulturze dialog poprowadzę.

Widzisz w domu kultury teraz się znajduję.

Więc kulturą przesiąkam, jak gąbka… Mydliną?

 

 M

       Dobrze już.

Zaraz przerwa się skończy i wszystko się zacznie.

Poczekajmy więc cierpliwie,

aż aktor kolejny zza zasłony ciężkiej postać swą wychyli.

 

 K

       Aktor, to jest człowiek,

co postać nie jedną w swym wnętrzu przenosi,

ale dwie i siedem i tysiąc bez mała.

Ile ról tyle dusz w sobie przechowywać musi.

       Raz zagra głupca, a za tydzień groźnego bandytę,

co to życia odbiera ludziom przypadkowym.

Zagra zwierzę, co dziecku dzieciństwo odbiera,

ze skóry obdzierając rodziców mu drogich.

       Na dzień drugi w geniusza ciało przeistoczy i w klauna,

co swym śmiechem tłumy pozaraża.

Och, cóż to jest za talent,

by wszystkie te byty z równą łatwością odegrać na scenie.

       Jedno, drugie, dziesiąte, setne przedstawienie,

a on się wciąż zmienia, zmieniając okrycia.

Lecz tam, gdzie mieszka dobro, tam są i złe rzeczy,

a co najgorsze, to tkwi w jego głowie.

       Jak to jest, że ten mętlik szybko porządkuje

i poprzednie swe role, wyrzuca jak śmieci.

Wiwat więc ten aktor, wiwat przedstawienie,

co duszom tu zebranym daje ukojenie.

 

 

 

AKT III

 

Scena 1

      

 

       W tle słychać szepty:

       Pamiętaj o przeszłości, ona ma znaczenie.

       Pamiętaj o przeszłości, ona ma znaczenie.

       Cóż nam pozostaje, jeśli nie wspomnienie,

       które serce raduje lub rani boleśnie.

       Wspomnieć racz przeszłe chwile, gdyż to jest konieczne.

 

       KAL i jego żona SONIA przed laty na ławce w parku.

Ona siedzi, a on leży na plecach z głową na jej kolanach.

Kobieta zwraca się do niego nieco drwiącym głosem.

 

       SONIA

       I to ciebie KALU Bóg mi wybrał,

byś mi towarzyszył, aż do końca drogi?

Razem do kresu życia mojego lub twego.

       Zaraz niech no cię obejrzę, czyś jest urodziwy

i czy do mej urody choć trochę pasujesz.

Czyś godny mego blasku,

abym cię urodą zbytnio nie przyćmiła.

 

       KAL

       Zdam się na twój gust i wierzę,

że urodziwego młodzieńca wybierasz na męża.

 

       SONIA

       Och, żeby tylko uroda była najważniejsza,

to pewnie miałbyś żon i siedem,

a jedna od drugiej byłaby piękniejsza.

Urody ci nie brakuje, to dziś przyznać muszę

i zapewne jutro nic ci nie ubędzie.

       Ja jednak chcę więcej i pytam o duszę.

Jak ją sprawdzić, kiedy nikt jeszcze nie wymyślił lustra,

w którym się wszystko odbije, co mroczne i dzikie.

Co tam chowasz w środku, ja to poznać muszę.

 

       KAL

       Sprawdź kochana, sprawdź,

bo później nikt już nie uwzględni twojej reklamacji.

Sprawdź towar nim go kupisz w tak korzystnej cenie.

 

       Przerywa na moment i zrywa się z kolan Soni

 

       Boże słodki nie wierzę, wszak wkrótce się żenię!

A to wszystko zmieni, niechybnie przewróci

i nic już takie jak było nigdy nie powróci!

 

       SONIA śmieje się

       Ty się żenisz, a ja… no cóż… ja za mąż wychodzę.

Tyle mi się pytań kotłuje w mej głowie,

a każde gorsze od poprzedniego.

       Kim ty jesteś, kochany

i jakie ukrywasz w sercu tajemnice?

Chciałabym je poznać, a jednak się boję.

Czasami odpowiedzi gorsze są od pytań

i często żałujemy, żeśmy je zadali.

       Pytać jednak muszę, bo tak mi nakazuje ma kobieca wola.

Znam cię i nie znam jednocześnie, wciąż rozgrywam boje,

a natłok wątpliwości nie wyjdzie na zdrowie.

Kim jest mój przyszły mąż, czy ktoś mi odpowie?

 

       KAL

       Ja odpowiem, pytaj.

Przecież tutaj jestem

i nie ma znaczenia, że to o mnie chodzi.

       Nie jestem z kamienia,

ale obiecuję, szczerym dziś być muszę.

Na trudne pytanie otrzymasz odpowiedź,

tak prostą i czystą, jak tylko potrafię.

 

       SONIA

       Przysięgniesz, że prawda z ust twoich

za moment wypłynie?

Że nie będziesz mnie zwodził, jak to inni czynią?

Nieraz dla zabawy, a czasem z głupoty?

Choć tu akurat powody nie mają znaczenia.

 

       KAL

       Soniu?

Jakże to tak mam przysięgać na zwykłej rozmowie?

Czy to przesłuchanie albo obietnica,

co nas zwiąże na zawsze

i nikt tego węzła rozsupłać nie zdoła?

       Mam ci przysiąc, ale po co?

Przysięga to słowa,

które mogą zyskać lub stracić znaczenie.

 

       SONIA

       Bo taka ma wola.

Przysięgasz? Drugi raz już pytam?

A każdy kolejny raz większe ma znaczenie.

       Jak mi Bóg jest miły, gdy przysięgi nie złożysz

będę mieć baczenie i wszystko sobie przemyślę,

raz drugi i trzeci.

I setny raz pomyślę, nim podpis swój złożę,

a później w kościele swój welon założę.

 

       KAL kładzie dłoń na sercu

       Dobrze, już dobrze, obiecuję, przysięgę ci składam,

tylko zacznij już pytać.

Po próżnicy gadam, że szczerym jestem jak nigdy?

Uszanuj więc me słowa,

co z serca wypływają szerokim strumieniem.

 

       SONIA

       Nareszcie.

 

       KAL

       Co nareszcie?

 

       SONIA

       Przemowa.

Teraz gdy już obietnicę złożyłeś nastąpi przemowa,

więc uzbrój się w cierpliwość i chwytaj me słowa.

 

       KAL

       Chyba bać się zaczynam.

Ta banalna rozmowa nabiera tak wielkiej powagi,

jak dokument urzędowy, notariuszy zmowa.

Mów kochanie, bo inaczej ucieknę, samą cię zostawię.

 

       SONIA

       Dobrze, a więc pytam.

Jakim jesteś człowiekiem,

co mieszka w twej głowie?

       Będziesz dla mnie dobry,

czy maskę porzucisz,

kiedy tylko obrączkę na palec założę?

Kochać mnie będziesz zawsze, czy może przestaniesz,

o ile w ogóle uczuciem mnie darzysz.

       Może kłamstwem usta swoje kalasz,

gdy mi o uczuciach nieustannie prawisz?

A może jesteś tak dobrym aktorem,

a ja tępym widzem,

co jak zauroczony chłonie twe fałszywe słowa?

Boże, mowa!

       To wszystko jest mowa,

a co będzie, gdy w przyszłości przekształci się w słowa,

które zranią okrutnie,

a te później w czyny, co ciało poranią?

       A jaki będziesz dla dziecka, które noszę w łonie?

Będziesz dobrym ojcem, czy głupim tyranem?

Jak się sprawdzisz w tej roli i czy syn cię pokocha?

 

       KAL pochyla się gwałtownie nad SONIĄ

       Syn, czy aby się nie przesłyszałem?

A więc to będzie chłopiec, jesteś tego pewna?

 

       SONIA

       Co?… Co to znaczy pewna?

Ja go w łonie noszę i wiem to nie na dziesięć,

pięćdziesiąt, ale dwieście procent.

 

       KAL

       Nie mogę się doczekać na tą cząstkę siebie.

To będzie coś nowego, niespotykanego,

a jednocześnie tak powszechnego,

że nie można nie dostąpić takiego zaszczytu.

       Wszyscy kiedyś byli

albo w przyszłości będą rodzicami.

Nie licząc tych co nie chcą

lub niemoc ich trawi.

 

       SONIA

       Pragnęłam siebie uspokoić,

lecz się nie udało.

To nie twoja wina, że tak to się stało.

Nic się nie zmieniło i tak już zostanie.

       Wątpliwość goni wątpliwość,

a za nimi kolejka innych wątpliwości.

 

       SONIA wstaje, spogląda w górę i zaczyna tańczyć.

 

       Niechaj wszystkie duchy przybędą

i zatańczą wokół taniec pełen wiary,

co spali wątpliwości i smutek wypali.

Niech tańczą, niech wirują, aż sczeźnie zwątpienie.

A później niech mi dadzą spokój…

Czy to brzmi szalenie?

       Szaleństwo jest przekleństwem, gdy nikt cię nie wspiera,

gdy sam jesteś na świecie, jak ten księżyc na niebie,

co tylko jedną stronę wszystkim łaskawie sprzedaje.

Pochylam się nad twym losem choć wcale nie muszę,

a ty jesteś bierny, gdzie podziałeś duszę?  

 

       Opada z powrotem na ławkę

       Czy każda kobieta ma moje problemy

i setkami pytań zadręcza się stale?

Od początku do końca tkwiąc

jak ślimak w muszli spirali niewiedzy.

Przez dzień cały od świtu, aż do głębi nocy?

Boże święty, pomocy!

 

       KAL

       Wątpisz we mnie,

że wciąż analizujesz, co w swym sercu noszę?

Czego ty chcesz ode mnie,

że się zaraz wyspowiadam, o pokutę poproszę?

Za grzech niepopełniony mam ponosić karę?

       Soniu, co ty mówisz?

Skąd mam wiedzieć na boga

jakim jestem człowiekiem?

       Tego chyba nikt nie wie,

nim go jakieś nieszczęście nie wystawi na próby.

To wtedy się dowie, ile warte jest słowo, przysięga i cnota.

Wcześniej tylko można obiecywać, że się jest aniołem.

       Kim będę, gdy za lat dwadzieścia w lustrze zobaczę odbicie,

a później w oczy spojrzę swojemu sumieniu?

Nie wiem, naprawdę nie wiem i tego nie zmienię.

 

       SONIA

       A więc mrok jest przed nami i ani widoku,

by promyk światła uchylił kurtyny.

Tkwić będę w niewiedzy, a to mnie przeraża,

choć wszystko się pląta i nie mam pojęcia, co lepsze.

       Niepewność, co straszliwie kły wystawia w ciemności,

lecz chociaż daje pewność, że wiem przed czym stoję,

czy może błoga niewiedza,

co do chwili ostatniej w zanadrzu trzyma rzeczy niepojęte?

 

       KAL

       Ja nie mam takich dylematów, bo prosty mam umysł,

a ty się filozofią parasz, cokolwiek to znaczy.

Po co drążyć, dociekać, wszak to ślepa odnoga.

Przestań o tym myśleć, moja Soniu droga.

       Ja w przyszłość nie wybiegam i na los się zdaje.

On sprawia niespodzianki,

które biją pomysły pisarza, co płodną ma głowę.

 

       SONIA

       Może i masz rację?

Przyszłości nie zmienię, więc po co z nią walczyć.

Dlaczego z nieznanego… uczynić mam wroga.

Zwłaszcza, że przeciwnik jeszcze nie odkryty,

a ze mną jako towarzyszka idzie tylko trwoga.

 

 

 

 

Scena 2

 

Mężczyzna i kobieta na widowni.

 

 

 K

       Oj, słów mi brakuje,

by wyrazić to wszystko, co we mnie kiełkuje.

Jak ona go kochała, a on też ją, chyba.

       Miłość, cóż to za uczucie,

co skrzydeł dodaje nawet bez nóg kalece.

Nie ma barwy, zapachu, niewidzialna bywa,

ale cudów dokonuje,

gdy strzała Amora serce spenetruje.

       Gdy się słucha słów takich,

to zwłaszcza kobiecie serce z żalu się ściska,

że wszystko na świecie, nawet rzecz tak cudowna

nigdy nie trwa wiecznie.

       Gdzież jest to uczucie, które ich wiązało?

Młodzi wtedy byli, więc im się zdawało,

że nawet mocarz węzła tego rozwiązać nie zdoła.

Skończyło się, jak wszystko, co skończyć się musi.

       Wszystko z czasem przemija,

w niebyt się rozpływa

i nic już nie bywa takie, jak było przed laty.

       Jakże ona ślepa była i jakże olśniona

uczuciem tak potężnym, co trzymał w ramionach

ją i wybranka jej serca… Jak marnie skończyła.

 

 M

       Dlaczego, marnie?

Wszak była szczęśliwa.

Rok to trwało, czy miesiąc, jakie ma znaczenie?

A to, że się skończyło?

       No cóż… matkę ziemię

nasycić trzeba ciałem, gdy zamkniemy oczy.

Moim, twoim, każdym…  w glebie miejsce nasze.

Wszak wracamy do źródła, taka kolej rzeczy.

       Czemu płaczesz, kobieto?

Przestań mi tu beczeć,

bo znowu nas ośmieszysz przed widownią całą.

Zobacz, ludzie patrzą, czy jeszcze ci mało?

 

 K

       Nie, nie będę płakać, choć jestem wzruszona.

Mąż tego nie zrozumie,

ale za to żona jest wrażliwa na wszystko,

co z miłością, dziećmi, kochaniem bywa powiązane.

 

 M

       Wiem o tym i rację ci przyznaje,

choć wcale nie muszę

i po cichu ci powiem, że ja też mam duszę,

która czasem zakwili

i łez szklistym potokiem policzki poplami.

       Nie jestem z kamienia, bo nikt nie jest,

nie był i nigdy nie będzie,

A kto twierdzi inaczej, na pewno tkwi w błędzie.

Mnie też się ta historia bardzo spodobała…

       Stój, źle powiedziałem!

Nic w tym nie ma pięknego,

gdy za progiem poeta tragedię spisuje.

       Życie jest takie proste, że gdy coś się psuje,

to każdy naprawi, bo każdy, to umie.

Umie, lecz nie potrafi, różnica subtelna,

która choć delikatna, to jednak potęga,

co złamać się nie da.

       I z tego tragedia życiowa gotowa.

Los najlepszy scenariusz w mig nam przygotuje.

Bywa, że radosny, lecz najczęściej psuje,

to co zepsuć potrafi, inaczej nie umie.

 

 K

       Ból, rozpacz, łez litry,

jakże łatwo zmierzyć, ile wypłakałam.

Takie to jest proste.

A co ze szczęściem, z tą drugą stroną, przeciwieństwem bólu?

       Ktoś to wytłumaczy, wyjaśnić mi raczy,

jaką miarką śmiech i radość zmierzyć,

objąć ludzką skalą?

 

 M

       Za mało mam rozumu,

aby w takie rozważania głowę swoją wkładać.

Pytanie łatwo zadać, gorzej z odpowiedzią,

gdy język nie chce lub nie może popisać się wiedzą.

 

 

 K

       Jak często wspomnienia dają ukojenie.

Dlaczego tak się dzieje?

Czy może retrospekcje filtrować lubimy,

nim je do głowy nareszcie wpuścimy,

bo przecież nikt z nas sobie nie zechce zadawać cierpienia.

To takie oczywiste.

       Nawet matka ziemia woli,

gdy wszędzie wokół porządek panuje,

którego żaden kataklizm nagle nie zepsuje.

Ty też zapewne wolisz pamiętać tylko miłe rzeczy.

 

 M

       No cóż… nie wypada przeczyć.

 

 K

       Nie wierzę!

 

 M

       W co nie wierzysz, kobieto?

 

 K

       Nie wierzę, że choć raz się zgadzamy ze sobą,

jedno zdanie mamy.

Jak dwie połówki takiej samej rzeczy.

Nie pamiętam już, kiedy po raz ostatni,

podobnie się działo.

A ty pamiętasz, Janku?

 

 M

       A ja tak,

pamiętam wszystko dobrze, nawet doskonale.

Marysiu moja złota, moje ty kochanie.

 

 K

       Oj przestań już, daj spokój z tym swoim, kochanie.

Naprawdę nie kłamiesz?

Ty to mnie zaskakiwać potrafisz, jak ten sąsiad nowy,

co to się przyprowadził i za ścianą mieszka.

 

 M

       Ten chłoptaś bardzo ładny,

co za nim ślepkami świdrujesz,

a gdy tylko się zbliża,

to czerwieni barwy na twarzy przyjmujesz?

 

 K

       A więc zazdrość cię zżera?

Dobrze. Niech to czyni dalej,

aż ci kilogramów ubędzie nawet ze trzydzieści!

 

 M

       Boże słodki.

Znowu chcesz się kłócić? Czemu się rozkręcasz?

Ja do końca zamierzam dotrwać w miłej atmosferze.

 

 K

       Wcześniej mi dogryzłeś, a teraz nie wierzę…

Próbujesz wszystkie zło na me plecy zapakować

i do tego jeszcze przebrzydła twa mowa,

że się za kimś oglądam.

Co ci chodzi po głowie?

Podłość z ust twych wypływa, bo ubliżasz swej żonie.

 

 M

       Przepraszam i zła już nie bądź.

Już więcej nie będę.

Dokończ to, co zaczęłaś, a ja milczeć będę

lub tylko mądre słowa na świat wydać zechcę.

 

 K

       O czym to mówiliśmy? Ach tak, o pamięci!

Próbowałeś mi wmówić, żeś jest wspomnień mistrzem.

Ale to zwykle ja pamięci popisy dawałam.

Pamiętałam daty, rocznice i kwoty.

To ja wiedziałam, co kto zrobił i z kim się pokłócił.

A teraz mnie pokonałeś moją własną bronią?

 

 M

       Zrobiłem to co kazałaś, dziękuję za radę.

 

 K

       O czym mówisz, bo wątek zgubiłam

lub przestałam nadążać

albo umysł mam zmęczony wieczornym myśleniem.

 

 M

       Tylko dobre rzeczy pamiętam,

złe chowam, w grób zmienię,

by tam się rozłożyły, jak wszystko co w ziemię.

 

 

 

 

 

 

AKT IV

 

Scena 1

 

 

       W tle słychać szepty:

       Gościa masz, gościa masz, gościa ważnego.

       Gościa masz, gościa masz, gościa ważnego,

       co drogi szmat przebył by męża zobaczyć.

       Nigdy ktoś taki ciebie nie odwiedził,

       bo wcześniej ducha żony nikt wezwać nie raczył.

 

       Pojawia się postać przybrana w białą tkaninę.

Powoli podchodzi do KALA i siada naprzeciwko.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywa,

jedynie zza ściany nadal dochodzą chaotyczne dźwięki.

 

       SONIA

       Witaj drogi mężu, co na żonę swoją czekałeś przez lata.

Wreszcie się doczekałeś, wizytę odbywam,

lecz przez tą tkaninę nie widzę ust twoich.

I nie wiem czy w uśmiechu pięknie je wykrzywiasz,

czy może odrazą lub strachem są one spaczone?

 

       KAL

       Oooo!

Głos zmieniłeś chłopcze, a więc też tak zrobię.

Chociaż nie, nie zrobię.

Nie będę się męczył, gdy tego nie muszę…

       Witaj Soniu, żono, przyjaciółko moja,

co mnie do łoża wpuszczałaś na me zatracenie.

Wpierw mi w głowie namieszałaś,

a później zechciałaś, jak robotem sterować,

co to własną wolę zatracił gdzieś po kątach,

jak głupie pacholę.

       Witaj żono, któraś mnie zostawiła lat już…

Oj nie zliczę. Ile to już?

Pięć, dziesięć? Może kilkanaście?

 

       SONIA

       Trzynaście drogi mężu, dokładnie trzynaście.

Tyle lat już minęło nim walkę przegrałam,

z podłą, głupią chorobą, która zwie się, zawał.

 

       KAL

       Boże, więc już tyle czasu upłynęło?

Chociaż w sumie nie wiem?… Dużo to, czy mało?

Dla naszego Przemka to naprawdę wiele,

lecz dla słońca to chwila, której by zapewne nie zauważyło.

Jednak w skali ludzkiej to już znaczy wiele.

To tyle już minęło? Tyle już cię nie ma?

 

       SONIA

       Nawet nie pamiętasz,

ile już tu żyjesz bez drogiej istoty.

Wszak tak mnie nazywałeś, kiedy jeszcze byłam.

 

       KAL kpiącym głosem

       Oj, droga, chociaż martwa żono.

Jakież ma znaczenie?

Wszak to ludzka cecha, że z wiekiem nasza pamięć,

wciąż się przyobleka w nowe fatałaszki,

aż wreszcie już nie wie, jak wyglądała z początku.

W piekle to czy w niebie, wszędzie jest tak samo.

Z nieba piekło zrobiłem, w drugą stronę się nie da.

 

       SONIA

       Nie spytasz, co robiłam?

Gdzie byłam, gdy me ciało w proch się zamieniło,

kości pobielały, a twarzy nie było?

Nie poznałbyś mych szczątków, gdybyś je wykopał.

 

       KAL

       Nie, nie spytam o szczegóły.

Fatyga zbyteczna, a kopać nie zamierzam,

nawet wówczas, gdyby cię pochowano,

jak królową ze skarbami zebranymi z dworu.

 

       SONIA

       Dlaczego?

 

 

       KAL

       Bo wiem, gdzie trafiają istoty,

aniołami nazwane jeszcze za ich życia.

Nie musiałem dociekać, nie muszę i pytać.

Tylko niebo, to kraina, która się kojarzy

z domem twym po śmierci

i tam ciebie widzę, cokolwiek to znaczy.

 

       SONIA

       Pierwszy raz ciebie oglądam w takowym przebraniu.

Dzieckiem się stałeś na starość,

że tak dla zabawy chowasz się pod przykryciem,

czy może za tym płótnem masz coś do ukrycia?

 

       KAL

       Do ukrycia? A cóż ja niby mam za tajemnice?

Chyba chore lico, co czas już mi przyprószył siwizny spaczeniem

i bruzdy w gładkiej skórze zrobił na życzenie.

Chyba cieszyć się powinnaś, że odeszłaś młodo.

Tyle cię ominęło, czego ja teraz, chociaż tego nie chcę,

to doświadczać muszę.

 

       SONIA

       Oj, nie żal się tak nad sobą, bo zaraz się wzruszę.

Biedny jesteś jak żebrak…

Nie jak stu podróżnych,

co to ich na pustyni gnębi wciąż pragnienie.

 

       KAL podniesionym głosem

       Nie kpij ze mnie dzieciaku,

bo ci zerwę z głowy to dziwne nakrycie

i kilkoma klapsami umilę ci życie!…

       Oj przepraszam Soniu,

ciągle widzę wnuka, choć z tobą rozmawiam.

Za dużo się rzeczy dzieje chyba na raz.

  

       SONIA

       Tęskniłeś mężu za mną?

Myślałeś choć trochę?

Czy głowę zaprzątałeś twej Soni wspomnieniem?

 

       KAL

       Tęskniłem?

Pomyślę chwilę… no nie wiem?

Raczej czegoś mi brakowało, a czego?…

Znów nie wiem.

Byłaś mi żoną, gosposią, kochanką i nagle zniknęłaś…

i już cię nie było.

 

       SONIA

       A teraz gdy już jestem, to wreszcie coś czujesz?

Bawisz się doskonale, czy może pomstujesz,

że się wciągnąć dałeś w tę zabawę rzewną?

 

       KAL

       Przem… Aha, przepraszam.

Moja Soniu droga.

Czy to ma znaczenie, co ja teraz czuję?

       Samotny jestem jak ta małpa zamknięta w ogrodzie.

Sama jedna w klatce, gdy wokół tysiące gapiów spaceruje.

Mam syna i mam wnuka, lecz samotny się czuję.

Nawet gdy miałem ciebie,

to niewiele czułem choć najbliższa mi byłaś.

       Pytasz czego doświadczam?

Ja przeklęty nie wiem. nie wiem, na sto procent nie wiem.

Co za diabeł mieszka w mym sercu, czy też może w głowie?

A może w jednym i drugim, razem po połowie.

 

       SONIA

       Sam wybrałeś tę ścieżkę, każdy ci to powie.

Charakterek miałeś jak szalona hiena,

co kłami wszędzie kłapie, dokąd tylko sięga.

Myślałam w swej prostocie,

że gdy dziecko na świat wydam, to się opamiętasz.

Głupia byłam i naiwna, lecz było za późno,

by czas cofnąć i podjąć właściwsze decyzje.

       Piotr, syn twój jedyny miał być ukojeniem,

lekiem dla ciebie właściwym, dobrych dni wspomnieniem.

Miałeś być dobrym mężem, jeszcze lepszym ojcem,

a kim ty się stałeś?

Pijakiem, który płacze, gdy dno widzi w butelce.

Więcej łez nad tym wylałeś niż nad dziecka losem.

 

       KAL

       Nie męcz mnie już, proszę.

Czy to coś odmieni, poprawi, uleczy?

Mam rany rozdrapywać i solą posypać,

by jeszcze mnie mocniej niż zniosę bolało?

Tego chcesz kobieto, aby tak się stało?

       Jeśli to początki piekła, szatana namiastka,

 to dobrze Soniu, że mnie odwiedziłaś.

Przyzwyczajać się muszę do tego co będzie.

Wiele rzeczy przeżyłem, często w wielkim pędzie,

gnałem jak ten sprinter co do mety zmierza,

lecz ważnych rzeczy nie dogoniłem,

poległem z kretesem.

 

        SONIA

       Dobrze, że chociaż teraz dostrzegasz złe rzeczy.

Lecz dobre też istniały bądź tego świadomy.

 

       KAL

       A jakich to niby wspaniałości w życiu doświadczyłem?

Proszę wymień choć jedną,

by mi humor poprawić i wyrwać z depresji.

 

       SONIA  

       Syn nasz ojcem stał się, czyż to nie cudowne?

Jeśli jego narodzin docenić nie umiesz,

to chociaż ten fakt jeden, taki oczywisty,

że Piotr głową rodziny został, należy zrozumieć.

Uczcić to, celebrować, radością przyoblec.

 

       KAL

       Ja też raz ojcem zostałem, nic to nie zmieniło.

Tak jak żyłem wcześniej, tak i później było.

Nie każdy się zmienia, gdy prezent dostaje

i czy duży, czy mały, to nie ma znaczenia.

Kto ma serce z kamienia, cały jest jak skała

i żaden młotek uczuć, rysą go nie skala.

 

       SONIA

       Może i go nie skala, lecz od czego wiara?

To coś, co trudno zdefiniować, a co nas otacza.

To nasza nadzieja, lecz i ciężka praca,

co daje ukojenie i siły nam daje.

       Pytanie zatem szybkie teraz jedno zadam.  

Czym bez wiary jest życie?

Odpowiesz mi na nie?

Czy coś nam zostanie, gdy wiary nie będzie?

Co nas wówczas powstrzyma,

gdy w szalonym pędzie rozbijemy się o rafy,

które okręt nasz zatopią w beznadziei odmęcie?

 

       KAL podrywa się i zaczyna czegoś szukać

       Poczekaj jedną chwilę, napisać coś muszę.

Nie mogę odwlekać, bo zaraz zapomnę,

a rymy się same wciskają w mą głowę.

Wybacz żono, przepraszam.

Poradzić nic na to, jak zawsze nie mogę.

 

       SONIA

       Pisz, twórz. Mnie już się nie śpieszy.

Nic już mnie nie speszy, co ciebie dotyczy.

Przyszłam tutaj by tobą oczy me nacieszyć,

ale skoro rymy ważniejsze, to proszę, pisz sobie.

 

        KAL chwyta za kartkę i długopis i pisze w pośpiechu.

Po chwili zaczyna deklamować wiersz

 

       „Wiara góry przenosi, wiara ludziom pomaga,

lecz kto wierzyć przestanie zwykle nisko upada.

       Gdy tak nisko upadnie z trudem przyjdzie mu powstać,

chyba że znów zrozumie i spróbuje znów poznać

zachodzące na ziemi i rządzące nią prawa.

       Gdy mu zwątpić znów przyjdzie, nie urośnie ni trawa

 ani kwiat, ani ziele na mogile nie rośnie.

       Odszedł człowiek, nie wierzysz?

Wyjdziesz na tym żałośnie.”

 

       SONIA

       Co to było?

Proste i chaotyczne jak myśli w twej głowie.

 

       KAL

       Nic. Nic i wszystko.

Moje epitafium albo łzy zgorzknienia.

Głupie przemyślenia pustego człowieka,

co życie swe zmarnował w sposób wręcz mistrzowski.

Jestem starym człowiekiem, wszędzie wokół troski,

co dalej, co wcześniej, co było, co będzie?

       Czy można przeżyć życie nie wiedząc,

że w błędzie się żyło od rana do niemalże nocy?

Co teraz Soniu droga?…

Nic już nie odkręcę, choć pewnie chciałbym, pragnął,

to jednak wiem na pewno, że nigdy nie zdołam.

 

       SONIA

       To już nie ma znaczenia.

Wkrótce do mnie dołączysz.

Wtedy czarna ziemia przykryje twe wieko,

tak jak kiedyś przed laty przygniotła i moje.

       Sama byłam i ty sam jeden, lecz wkrótce we dwoje.

Znów się połączymy, jak dwoje małżonków, którymi byliśmy,

chociaż tak naprawdę, to nie przestaliśmy,

pomimo, że ja już nie stąpam po tym łez padole.

 

       KAL próbuje powstać, ale nie daje rady

       Soniu, coś się złego dzieje. Niedobrze się czuję.

To coś jakby…

 

       SONIA

       Jak zawsze, gdy tematy trudne miałeś podejmować.

 

       KAL

       Lecz teraz jest inaczej. Nie szukam wymówki.

Z ciałem coś się dzieje, choć z myślą też słabo.

Trudno mi się oddycha, przed oczyma blado.

Jakby mgła mleczna na wszystko spłynęła.

 

       SONIA

       Nie nabierzesz mnie więcej na swe podłe sztuczki.

Chociaż nie, zaraz, zaraz… I ja też to czuję.

Coś się dziać zaczyna, jak ze mną przed laty,

gdym oczy po raz ostatni otworzyć zechciała.

 

       KAL łapie się za serce

       Och Soniu, serce moje…

 

       SONIA

       O ironio losu, właśnie cię spotyka coś tak podobnego,

co dopadło mnie wcześniej, kiedym jeszcze żyła.

Czy coś w tym zdrożnego,

że na tą samą przyczynę zejdziesz z tego świata?

Czy to może jakaś solidarność Boska,

abyśmy po społu w aktach zgonu mieli wpisane te same symbole?

Cieszyć się, czy płakać?

Nie wiem, jak to podsumować, a więc Amen powiem.

 

       KAL spanikowanym głosem

       Amen?! Tylko tyle? Reszta jest milczeniem?

Dobrze, a więc już, dosyć. Skończmy przedstawienie.

Może wezwiesz Przemku karetkę… czy to aż tak wiele?

      Przyjadą do mnie tutaj i zrobią co trzeba.

Nie chcę jeszcze odchodzić. Boże, na pewno tak trzeba?

Wnuku ratuj mnie wreszcie i zadzwoń, ja proszę.

Dam ci wszystko co zechcesz, to nie jest ma pora!

 

       SONIA

       Dlaczego?

Cóż cię tu jeszcze trzyma, co cię tutaj wiąże?

Chcesz na siłę odwlekać, to co stać się musi?

Każdy kiedyś odejdzie, każdy się przewróci,

na tej ścieżce, którą idzie od narodzin w złą stronę.

Czego ty się lękasz, nie jesteś wszak pierwszy,

co zaraz wyzionie ostatnie swe tchnienie.

Poddaj się więc naturze, tak ci lepiej będzie.

 

       KAL

       Zaraz zerwę prześcieradło, bo ledwo oddycham,

a powietrza mi trzeba tak jak wody rybie,

gdy na brzeg wyrzucona miota się w agonii.

 

       SONIA

       Ani mi się waż tak zrobić!

Zabawa do końca na mych będzie warunkach!

Myślisz, że przypadkowo znalazłam tu ciebie?

Tak jak wcześniej wspomniałeś,

mogłam sobie tam w niebie,

po zielonych łąkach przechadzać beztrosko.

       Jednak przyszłam tutaj,

abyś w chwili śmierci miał mężu przy sobie,

kogoś, kto dla ciebie za życia coś znaczył.

Syna swego nie lubisz, wnuk ci obojętny.

Kto ci więc pozostał? No kto… żywy jeszcze błaźnie?

 

       KAL

       Ty, Soniu. Ty, kochana…

Jesteś jak ta choroba, zaraza przebrzydła,

która ciało rujnuje zdrowego człowieka.

Nim się tu pojawiłaś, byłaś mi jak rzeka,

która już przepłynęła i nurt swój oddala.

Im dłużej zaś tu jesteś, tym ja bardziej czuję,

że się we mnie uczucie na powrót odradza.

 

       SONIA

       Czyli, że coś tam w piersi twojej jeszcze pozostało.

Uczucia, które przed laty wołało,

że mało… że jeszcze chce mnie więcej… i tylko jest twoje.

Tak bardzo się cieszę, że się w końcu budzisz,

a serce choć staje, to jednak żywiej bije,

gdy życie oddajesz.

 

       KAL

       Co mnie teraz zabija?

Nie o sercu mowa, co w piersi łomocze.

Słowa?…

Czy to słowa przebrzydłe, nawet jadowite?

 

       SONIA

       Nie, głupcze… Zabija cię życie.

Żyłeś pełnią życia i choć tkwiłeś w błędzie,

to przyznać należy, żeś życia używał.

       Nawet wspominać nie będę o twoich kochankach,

bo to drobiazg wręcz głupi.

Tylko pojąć nie mogę, jak to ty musiałeś

biedne te dziewczęta omotać tak zręcznie,

by do łóżka poszły za tobą tak chętnie.

 

       KAL

       Przepraszam cię, Soniu.

Naprawdę wiedziałaś?

Przepraszam tym chętniej,

że wcześniej byłem pewien,

że tkwię niemalże w ścisłej konspiracji.

Teraz jednak pojąłem, że nie miałem racji.

Tym bardziej się wstydzę i tak błagam szczerze.

Jeśli chcesz, to zaraz szybko odmówię pacierze,

abyś tylko przebaczyła.

Przebaczysz mi, żono?

 

       SONIA

       Przebaczam, choć tylko ja wiem,

ile warte takie przebaczenie.

 

       KAL

       Więc dobrze, jak tak trzeba,

to skończę co zacząłem 60 lat temu.

Oczy powoli zamknę, choć lękam się szczerze,

że wiele mi przez to umknie.

       Wszak w Boga nie wierzę, ale jednak myślę,

że sam moment śmierci jest wart mej uwagi.

Dlategom nie prędki, aby ruszyć w drogę,

pomimo że boli strasznie, wytrzymać nie mogę.

Teraz dopiero ja głupi wreszcie zrozumiałem,

przez co ty przejść musiałaś nim cię pożegnałem.

 

       SONIA      

        Będę ci przewodnikiem, opiekunem,

twoją bratnią duszą.

Pójdę wszędzie, gdzie ty pójdziesz,

podzielę twą wolę.

       Miłość jest jak woda.

Spragnionych napoi, gdy są tego godni,

a głupich pogrąży w wilgotnej topieli.

Do każdego naczynia kształt swój dostosuje

i żaden mocarz na świecie tego nie zepsuje.

Czasami, gdy żar wielki,

w parę się zamieni i zniknie w powietrzu,

lecz długo nie poczekasz, a powróci w deszczu.

 

       KAL

       Dobrze Przemku,

zakończmy wreszcie durne przedstawienie.

Mam już dosyć tej roli, chociaż przyznać muszę,

że wcieliłeś się w babcię,

jak wytrawny aktor stojący na scenie.

       Ja naprawdę cierpię, a ból jest prawdziwy

i pomocy od ciebie nadal oczekuję.

To nie są żarty dzieciaku!

Zrzuć wreszcie tę kretyńską płachtę ze swej głowy

i szybko dzwoń do kogoś, kto pomóc gotowy.

 

       SONIA

       Aktor, scena, głupie przedstawienie?

Ty naprawdę myślałeś, że to jest zabawa,

że mnie nie ma, a tutaj siedzi Piotra syn jedyny?

Jak można być tak głupim, to nie jest pytanie.

Ciebie już tu nie ma, ocknij się człowieku.

a zaraz świat się dowie, że mu coś ubyło.

       Pora ruszać w drogę, a to długa droga.

Pójdziemy na skróty, bo taka dziś moda,

że zawsze wygodniejsze ścieżki obieramy.

Zaprowadzę cię do ojca, a później do mamy,

których chyba już nawet pamiętać nie możesz.

Chodź, będzie dobrze, chodź ty mój potworze.

Tak cię kiedyś nazywałam, gdy ci źle życzyłam.

 

       KAL

       Boże, a więc to ty jednak, a ja już myślałem,

że to fragment rozrywki,

którą wnuk mi zaserwował dla głupiej zabawy.

To ty jesteś? Na pewno ty, czy znowu się mylę?

 

       SONIA

       Przejrzyj wreszcie na oczy ty durna istoto.

Wpadłeś po same kolana w to dziwaczne błoto

i już z niego nie wyjdziesz.

Próżne twe starania.

       To początek końca, pora ruszać w drogę.

Zrobisz więc to ze mną, razem noga w nogę,

czy też wolisz solo?

 

       KAL      

       Nie! Oczywiście, że razem.

Nie jestem szalony,

chociaż do szaleństwa droga niedaleka.

Trzy kroki raptem lub nawet mniej trochę.

Soniu, mam się bać tego, co na mnie tam czeka?

 

       SONIA

       Bać się?

Nie, przenigdy i nie próbuj zwlekać.

To inaczej działa.

Wstyd ci przypisany, czy za życia sława,

tam są oceniane i szybko sądzone,

czyny twoje wszystkie, lecz tyś jest niewinny.

       Krwi na rękach nie masz, a to że głupi byłeś,

to tylko potrzebne, aby skruchę okazać

i o łaskę prosić tego co ci łaski udzielić pozwoli.

Ja za ciebie też wnosić zamierzam pacierze.

Ktoś mi tam odmówi? Zaprawdę nie wierzę.

       A teraz zamknij oczy i poddaj się wreszcie…

Tej, która już miliony, jeśli nie miliardy prowadzić zechciała,

gdy już przyszła ich pora.

       Konaj, mój kochany, teraz tylko konaj.

Tak się dopełnia żywot każdego na świecie

I nie ma znaczenia, bogaty, czy dziecię,

mądry, chciwy, rozpustny, to samo ich czeka.

Gdy już drogę swą przejdą, czeka na nich rzeka,

która jest jak film niemy z kiepskim zakończeniem.

 

       KAL

       Ruszajmy dobra żono.

Długa droga czeka, nie ma sensu zwlekać.

Właśnie kropkę stawiam życia zakończeniem.

Milczenie życia durnego najlepszym zwieńczeniem.

 

       Sonia wychodzi, pozostawiając męża samego.

 

 

 

Scena 2

 

Mężczyzna i kobieta na widowni.

 

 

 K

       A więc umarł.

Po cichu, bezgłośnie, jakby go nie było.

Jak gdyby się nie urodził,

a życie mu jak szalony ogar przemknęło niczym błyskawicą.

Odszedł biedaczek i tyle zostawił, co wart był za życia.

 

 M

       A co ty myślałaś, że niby jak będzie?

Chórów się anielskich tutaj spodziewałaś,

co z nieba mu pieśni ześlą razem z ukojeniem?

 

 K

       Nie wiem? To nie jest codzienny widok.

Tyle żyć się rodzi i mnóstwo odchodzi,

gdy drogę zakończą, bo tak im pisane.

       Śmierć nie lubi poklasku

i w świetle reflektorów niechętnie przychodzi.

Woli ciche, intymne, spokojne lokale,

gdzie z ofiarą może się spotkać tylko w cztery oczy.

 

 M

       Też bym chciał tak umrzeć.

Zazdroszczę mu szczerze.

Po cichu, na spokojnie, w sielskiej atmosferze.

Bez łez, rozpaczy i szlochów zawodzeń.

       Ten kto w drogę wyrusza jest do niej gotowy,

a ci co go wspomagać powinni kłody mu pod nogi

rzucają próbując go na siłę z ich światem posklejać,

aby dłużej tu został, choć nie ma tu miejsca,

bo nowe posłanie na niego już czeka.

 

 K

       Jednego tylko jeszcze nie bardzo pojmuję.

Żona go zabrała, by do niej dołączył,

czy sam na ochotnika przeszedł przez tę rzekę?

 

 M

       Jaką rzekę?

 

 K

       Oj, tak się tylko mówi, kiedy ktoś umiera.

Poszedł na drugą stronę, czyli przeszedł rzekę.

Z naszego świata na drugi, dystans bardzo mały,

jakby go nie było, z drugiej patrząc strony

przestrzeń taka wielka, że nikt tam trafić nie może,

gdy żywym pozostał, oddycha powietrzem.

 

 M

       To chyba normalne,

że ducha wyzionąć trzeba, inaczej nie umrzesz,

a gdy nie jesteś martwy,

to jak oddasz duszę,

by do świata zmarłych szybko wyruszyła?

 

 K

       Żal ci go chociaż trochę?

Co się teraz stanie, gdy do drzwi tam zapuka

i skromnie poprosi o rzecz tak banalną,

jak zwykłe wpuszczenie?

Czy mu je otworzą, czy może go odeślą do miejsca innego.

Tam, gdzie przyjdzie mu czekać na chwilę sposobną.

 

 M

       Ty o czyśćcu prawisz?

Albo jeszcze zgoła…

Czy mówisz o piekle?

 

 K

       Nie wiem o czym mówię.

Ta wiedza jest dla tych, co się tam znaleźli.

Piekło? Nie, na pewno.

A czyściec? Tu nie wiem.

 

 M

       Ty nie wiesz, mój ty profesorze,

która zawsze się chwaliłaś żeś lepsza ode mnie?

Bystrzejsza, roztropniejsza, we wszystkim czempionem,

że często się lękałem kogo mam za żonę.

 

 K

       Dość, skończ już!

Chyba, że znów chcesz wywołać domową wojenkę.

 

 M

       Oj, przepraszam,

już ja tobie kłód pod nogi podrzucać nie muszę,

a raczej już nie chcę.

       To co tu usłyszałem zmieniło mą duszę

i chyba sprawiło, że trochę dojrzałem.

Kiedyś byłem mądrzejszy, lecz głupcem się stałem…

nawet nie wiem, kiedy.

Ot, tak samo przyszło,

O ile coś takiego,

może na świat przyjść bez pomocy zręcznej akuszerki.

       To o czym prawiłaś,

gdy o czyśćcu i piekle w słowach nawiązałaś?

 

 K

       Nie mam mężu pojęcia,

Co uczynić trzeba na tym chorym świecie,

aby w takich miejscach doświadczać cierpienia?

Taką zwykłą wredotą,

charakteru spaczeniem da się podpaść Bogu,

aby wrota zatrzasnął, przepustki nie wydał?

A gdyby tylko palcem pogroził lub krzyknął, jak trzeba,

to by nie pomogło?

 

 M

       Wiesz, że o tym myślałem tysiące już razy?

Co stać się musi, co winno wydarzyć i kiedy się stanie?

Myśl o mojej śmierci wciąż mi towarzyszy

i niczym jej na dłużej z głowy nie wyrzucę.

Gdy nawet to zrobię,

po minucie wraca tak strasznie wzmocniona,

że powtórnej próby wykonać nie zdołam.

       Odpoczywać muszę, znowu zbierać siły

i jak mi Bóg miły, z góry już zakładam,

że mocy mi nie starczy,

bym o czym innym myślał choć przez kwadrans głupi.

 

 K

       To normalne, że z czasem,

który kiedyś przed laty tak wolno upływał,

a teraz zaczął przyśpieszać jak jakiś szaleniec,

im lat więcej na karku,

to tym częściej próbujemy porozmawiać z Bogiem.

       Wcześniej był tylko kimś,

kto daleko ponad chmur przestrzenią

nurzał się wśród obłoków

i czasami na chwilę rzucał okiem, jakby od niechcenia.

 

 M

       Tak…

Bóg widzi nawet, gdy nie patrzy.

I asa trzyma w tym swoim rękawie,

którego po nas wysyła, gdy kończy zadanie.

Ta karta śmiercią bywa nazywana

i ze wszystkich w tali najmocniejsza zawsze.

 

 K

       Śmierć gdzieś z boku tak skryta

coraz częściej swą głowę z odmętów wysuwa,

aby nam pokazać, że jest i że nadal czuwa.

Pamięta o nas i widzi, i czeka.

Tak czeka…

       Cierpliwa jest, jak nikt inny i wie,

że nie zwleka nikt z nas, bo zwlekać nie może.

Lat pięćdziesiąt, czy setka, jakież ma znaczenie.

Dla niej to jak pstryknięcie palcem albo oka mgnienie.

       Nam się tylko wydaje, gdy jesteśmy młodzi,

że lat tyle nigdy upłynąć nie zdoła.

Rok się wszak, za rokiem wlecze jak stojąca woda.

       Nie martw się, drogi mężu, odrzuć zbędne troski.

Nic poradzić nie możemy, bo to plan jest boski.

 

 M

       Gdyby to było tak proste.

Nie martwić się, wyłączyć zmartwienie,

ale tak się nie da.

Przestać bujać w obłokach, powrócić na ziemię.

   

 K

       Nie trzeba błyszczeć, jak tych gwiazd miliony,

co na czarnym firmamencie błyskają do woli,

lecz cichym pozostać, skromnie urządzonym.

       Pycha jest złym doradcą, podszeptem swym sprawi,

że twoje złe uczynki czarne pozostawi.

 

 

 

 

 

AKT V

 

Scena 1

 

 

       W tle słychać szepty:

       On umarł, nie żyje i tak już zostanie.

       On umarł, nie żyje i tak już zostanie.

       Z powłoką cielesną mieć będziesz bratanie,

       bo ducha już nie ma, materia została.

       Jedno bez drugiego niczym martwa skała.

 

       Wchodzi PRZEMEK powolnym krokiem.

Spogląda na dziadka i zawiedziony mówi:

 

       Dziadku, co się stało, żeś o mnie zapomniał?

Nie słyszałeś hałasów?

Nie wiesz co się stało?

Znowu atak miałem,

o którym na początku rozmowy wspomniałem.

       Gdy zakładałem płótno, to ducha oddałem.

Leżałem tam w pokoju, jak długo sam nie wiem?

Pięć minut, dziesięć albo i godzinę,

a z twojej strony dziadku pomocy nie miałem.

       Wcześniej obiecałeś, że mi jej udzielisz,

bo wszak na tym właśnie polega opieka.

Ty jednak pomóc nie chciałeś

lub wolałeś zwlekać…

Czekasz już na mnie przebrany, a więc zaczynamy?

 

       PRZEMEK zakłada w pośpiechu prześcieradło.

 

       Uuuu, jestem duchem poczciwej Soni,

co dawno odeszła, lecz teraz wróciła.

Boisz się mnie choć trochę zwykły śmiertelniku?

Powinieneś, bo trików w rękawie bez liku

trzymam i zamierzam dzisiaj nimi władać.

Słyszysz, co mówię do ciebie na twe zatracenie?

 

       Z powodu braku odpowiedzi podchodzi bliżej.

 

       Powiedz coś wreszcie,

bo na tym właśnie polega zabawa.

Dziadku, czemu twoje usta milczą jak zaklęte?

Powiesz coś, czy kończymy,

co nawet jeszcze nie jest rozpoczęte?

       Tik tak, tik tak…

Ja mam więcej czasu, dla mnie wolniej płynie

i nigdzie mi się na pewno nie śpieszy.

Poczekam tu chwilę i sprawdzę,

który z nas dwóch ma w sobie więcej cierpliwości.

A gdy dziadek przegra podskoczę z radości.

Tik tak, tik tak, tik tak…

 

       Czeka chwilę po czym zawiedziony zdejmuje z siebie tkaninę

i z uwagą patrzy na dziadka.

 

       Dziadku, co jest z tobą, to żart twój jest taki?

Chcesz się ze mną podroczyć, czy może postraszyć,

abym więcej już twoje nie przekraczał progi?

       Rusz się wreszcie, odpowiedz, daj życia oznaki.

Okrutny dla mnie jesteś, nic ci nie zrobiłem.

Grzechem moim jedynie, że tutaj przybyłem.

Lecz byłem posłuszny ojcu, więc to jego wina.

Na nim się więc wyżywaj, mnie zostaw w spokoju.

       Sprawiedliwość jest cnotą, ty tylko miernotą,

 jeśli pragniesz mnie karać za grzechy innego.

Ojca mego nie dzierżysz, lecz co ja zrobiłem?

Jedyna moja wina, że się urodziłem.

 

       Podchodzi do niego, ściąga mu prześcieradło z głowy

i szarpie za ramię.

 

       Śpisz?

Zasnąłeś jak niemowlę lub jak pijak stary.

Jeśli ze mnie żartujesz, to masz tu bez miary tupetu,

o którym tata mi tłumaczył nim tu przybyliśmy.

 

       Cofa się zatrwożony.

 

       Na nic moje trudy, on chyba nie dycha.

Chyba? To złe słowa, a ja głupstwa gadam.

Na pewno to zwyczajne, banalne powietrze

z jego płuc tak starych już się nie dobywa.

       Czy tak się właśnie umiera?

Nie mam przecież doświadczenia

w stawianiu diagnozy takiej zwykłej rzeczy.

       Co mam teraz uczynić?

Może to choroba,

co tylko skutki podobne do śmierci pokaże,

a dziadek dziś jeszcze z tego się obudzi?

       Nie on jest martwy, to pewne.

Nigdy się nie zbudzi z tego snu,

bo to sen nie jest, a jest to konanie.

       Dziadek umarł, bo tak być musiało.

Dosyć sobie pożył, czy może za mało?

Odszedł tak jak kiedyś mój tata odejdzie,

a po nim ja wyruszę, chociaż tego nie chcę.

Na razie mam początek drogi, a więc się nie trwożę.

I wiem, że wiesz co robisz przenajświętszy Boże.

 

       I tak się los dopełnia każdego człowieka.

Czy odejdzie wcześniej, czy też każe czekać,

tym co przed nim odeszli.

Im to bez znaczenia.

       Tak jak wszystko się zmienia, tak to jest niezmienne.

To co na świat przyszło ze świata odejdzie,

taka kolej rzeczy, inaczej nie będzie.

 

 

Scena 2

 

Mężczyzny i kobieta na widowni.

 

 M

       Żal mi tego chłopaka,

bo teraz pewnie dziadka zechce opłakiwać.

Dla niego to przekleństwo,

lecz dla KALA szczęście.

Że jest jeszcze ktoś,

kto swą łzą choćby jedną pokropi mu głowę.

 

 

 K

       Tak, to ważne i myślę, że to też coś daje temu

kto zakończył wędrówkę daleką.

Otuchy mu doda, może radość sprawi,

a może sensu nada.

       Lepszą, lżejszą drogę pozwoli mu wybrać

lub do sumy uczynków doda pozytywy.

 

 M

       KAL odszedł po cichu, niezauważenie,

Bóg mi świadkiem, że nie wiem, czy to ma znaczenie.

Czy tak być powinno,

czy jednak inaczej oczy zamknąć winniśmy

ten raz jeden ostatni?

Tyle pytań mam teraz, mało odpowiedzi.

 

 K

       To normalne, że kto pyta szuka odpowiedzi.

Czasami jednak lepiej, gdy nam umknie ona.

To mówi autorytet, twoja własna żona.

 

 M

       Może i masz rację…

znów się na tym łapię.

Żona moja ma słuszność

i wbrew pozorom fakt ten ponownie mnie cieszy.

Nie ma sensu zaprzeczać, bo musiałbym zgrzeszyć.

       Jedno wiem na pewno…

To co tu usłyszałem nabrało znaczenia.

Zmieniło mnie, a jakże

i innym człowiekiem wyjdę przez te wrota,

niż wszedłem przed momentem.

       Słowa proste mam teraz do tekstów autora,

który pewnie gdzieś w ciemnościach wszystko obserwuje:

To wszystko co zrobiłeś ma dla mnie znaczenie.

          

 K

       Na koniec coś ci powiem, bo to ważne, chyba.

Wojen tyle ze sobą już nam stoczyć przyszło,

że nawet nie pamiętam, o co wybuchały.

       Jestem małym człowiekiem, a tyś też jest mały.

Tak mali, jak te czyny,

które niczym głupcy żeśmy powielali.

Nie można obrzucać błotem człeka ci bliskiego,

z którym lat kilkadziesiąt razem przeżyliście.

       Jesteśmy jak to drzewo, obsypane liściem.

Na wiosnę się odradza, po mrozów pomrokach,

zielenią się oblewa, co urody dodaje, natury ziszczeniem.

Owoce wyda latem, aby ludzkie plemię z nich korzystać chciały.

       I nie ma znaczenia, duży, czy też mały,

jeśli po owoc sięgnie i je zerwać raczy,

To będzie dowodem, że drzewo coś znaczy.

 

 M

       Idźcie więc już do domu,

to tak oczywiste.

To co się zaczęło skończyło się właśnie.

Niech to co słyszeliście w głowach pozostanie,

w pamięci ślad zostawi głęboki jak znamię

i świata wokół waszego zmieni postrzeganie.

Sensu życiu nada, pociechę przyniesie,

byście lepsi się stali dzięki marnemu poecie.

 

 

 

       Na koniec pojawia się narrator i deklamuje:

 

       Myślicie, że to koniec, bo już światło zgasło,

a kurtyna opadła i przed wzrokiem ukryła

wszystko co już było.

       Jak mgła gęsta, która świat spowiła,

a później rozwiana promieniem o świcie,

znikła, jak gdyby nigdy nie istniała.

       Co wam teraz zostanie, gdy spektakl skończony

i rozejść się przyjdzie tam skąd przybyliście?

       Cztery ściany czekają codziennie tam na was,

a dzień się za dniem ciągnie

jak ten wodny strumień,

co nigdy się nie zaczął i nigdy nie skończy.

       Jest to mrzonka jednak, pobożne życzenie,

którego nikt z was na głos powiedzieć nie zdoła.

Świeca długa jest jeszcze albo się dopala

i bywa, że zgaśnie zdmuchnięta przedwcześnie.

       Życie jest jak klepsydra,

co ręką olbrzyma bywa obracana,

dopóki ta zabawa nagle go nie znudzi.

       Człowiek tylko jeden

i nawet tłum ludzi faktu tego nie zmieni,

że to co się zdaje nigdy nie mieć końca,

jest jak ten świt

zwiastunem zachodzącego słońca.

                               KONIEC.

 

 

Wojciech Burdelak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *