Sen

Nie chcę umierać, ale jednak muszę.
I nie ma znaczenia, czy kogoś tym wzruszę.

Na śmierć mi się zebrało, umieram nieszczerze.
W niczym nie pomogą błagania, pacierze.

Jeśli oczywiście ktokolwiek zechce je za mnie,
kiedyś wypowiedzieć.

Czuję, że czas bliski by opuścić ziemię.
Na której przebywałem pół wieku – nie wierzę.

Tyle lat upłynęło, dużo to czy mało.
Różne rzeczy się działy i tyle się stało.

Świat już jest mną zmęczony,
Ja światem też chyba.

Trzeba by już dołączyć do wszystkich szczęściarzy
Co już klimat zmienili, przeszłością się stali.

Pójdę zatem do ojca, chyba na mnie czeka.
Poklepie mnie po plecach, oznajmi żem zwlekał.

Zapyta co na ziemi, ileż się zmieniło.
Czy poznałby rodzinę, szmat czasu wszak minął.

Ojca swego przedstawi, któregom nie widział.
A ten ojców swoich co mi są obcymi.

Gdy się już przyzwyczaiłem, że w podróż wyruszam.
Oczy otworzyłem, patrzę – to poducha.

Na którą głowę złożyłem, gdym wrócił do domu.
Czas mój jeszcze nie nadszedł. Nie powiem nikomu.

Wtedy zrozumiałem, gdym otworzył oczy.
Pora się wybudzić z tego snu idioty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *