Modlitwa

Gdy oczy zamknąłem i ducha oddałem,
to wówczas pojąłem i wreszcie przejrzałem,
że właśnie doszedłem do krańca wycieczki.

Po drodze miałem przystanki przeróżnej jakości.
Bywałem pełen euforii, miłości i złości.
Brnąłem w złe i dobre azymuty losu.

I śmierci widziałem i życia poczęcie.
I łez potok ujrzałem, tragedie i szczęście.
I dobra spróbowałem i ludzkiej niedoli.

I dziś naprawdę nie wiem, co najbardziej boli,
że właśnie umarłem, czy że mnie nie będzie,
gdy nowe pokolenia, poznają co szczęście,
co miłość na świecie, tak banalnym znaczy.

Coś chciałem przekazać, pokazać, może wytłumaczyć,
lecz język ubogi i słów tak brakuje.
Za mało pojąłem, niewiele rozumiem.

Dlatego zamilknę, niech cisza króluje.
Czasem samym milczeniem, najwięcej zwojujesz,
niźli sprawnym językiem, co potok słów niesie.

Odszedłem, nie ma już mnie, lecz gdzie mnie poniesiesz?
Boże, co wszystkim tak świetnie sprawujesz.
Wszystko wiesz jak najlepiej, nigdy nic nie psujesz.

Dylemat mnie dręczy. Do raju mnie weźmiesz,
czy na wieczne męki? Jakimż byłem człowiekiem?
Złym, dobrym, możliwe, że do czynu zbyt prędkim?
Czy dobrze robiłem? Byłem tylko człowiekiem, być może błądziłem?

Więcej dobra wam dałem, czy za życia gniłem,
przesiąknięty plugastwem całym świata tego.
Jeśli takim byłem, przyjm me ukorzenie, uchowaj od złego.

Zabierz mnie więc gdziekolwiek bądź ojcem, kolegą,
bądź mi przyjacielem, bądź latem i wiosną.
Bądź mi proszę czymkolwiek. Zostań jednak sobą.
Bądź istotą Boską!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *